Na kebab i z powrotem.

Kategoria: wyprawy
Typ: ogólnie trudne, długo, daleko, szybko, gorąco
Daty: 5/09-18/09 – 2014
Jedzenie: lokalne! piwo też lokalne.
Spanie: ogólnie w hostelach, jechaliśmy bez rezerwacji tylko na adres – miejsce zawsze było (w końcu było po sezonie)
Długość: 4998 (google mapa pokazuje mniej, niż licznik w motocyklu, ciekawe czemu)
Czas przejazdu: 12 dni + 2 przymusowego postoju z powodu napraw
Uwagi: Przejechać Stambuł i nie rozdupcyć się to mało (kto był – ten wie) – potem jest jeszcze Tirana, gdzie umrzeć można było na setkę wymyślnych sposobów, np. gościa jadącego pod prąd mercedesem na autostradzie, popisowo lądując we flakach osła przechodzącego sobie przez jezdnię itp. Po drodze mnóstwo przygód przeróżnych, od lokalnej knajpki w Belgradzie, po kebab w Stambule, obowiązkowy przystanek w Azji i dyskotekę na 1k osób w Tiranie. Po drodze zaliczyłem glebę w Czarnogórze (ogólnie niegroźną dla zdrowia) i usterkę bendixa w Dubrovniku. Skrzywione przy upadku amortyzatory wyprostował Czarnogórski Mistrz Imadła a bendix z Zagrzebia ściągnął kursowym autobusem (i potem wymienił) lokales, którego poprosiła o pomoc pani, która się zatrzymała jak machaliśmy z pobocza. Wierzycie jeszcze w ludzi? W takich chwilach wiara wraca. Serio.

W Macedonii, z polecenia barmana z knajpy, w której piliśmy lokalnego browka, pojechaliśmy na Albanię przepiękną drogą przez park narodowy – widoki masakrowały, droga także. W Graz o 22:30 trafiliśmy na trwający od tygodnia kongres. Ktokolwiek to był, zajął wszystko, co miało miejsce do spania. Nie było ani jednego wolnego łóżka. Nigdzie, w całym mieście. Po dwóch godzinach jeżdżenia po mieście bez efektu wyjechaliśmy na Wiedeń. Jak kolega przestał trafiać w pas (na autostradzie) a mi się rozdwoiły linie oddzielające pasy, zjechaliśmy do pierwszej lepszej wioski. Na szczęście był motel i chyba dlatego jeszcze żyjemy.
Z powodu nieczytania karty przed zamówieniem, piłem w Dubrowniku najdroższą Colę 0,25l w moim życiu (45 Kuna) a kolega kawę – 55 kuna.
Wygląda na to, że przejechaliśmy przez 15 krajów.
Cel osiągnęliśmy. Następnym razem będziemy jechać mniej i wolniej. Ale wrażenia niezapomniane.

Tak wygląda mapa.

Wrocław – Świdnica – Zagórze Śląskie – Świdnica – Wrocław

Kategoria: jednodniowe, chociaż lepiej powiedzieć „popołudniowe”.
Typ: baaardzo lekka, drogą krajową 35 a potem żółtą wyłupawką.
Jedzenie: restauracja Fregata w Zagórzu, tudzież bary po drodze
Długość: 135km, czas przejazdu jakieś 1h 30m w każdą stronę.
Uwagi: akurat dobra traska na rozruszanie się po zimie i obiad w terenie. Jezioro da się objechać dość szybko bo jest całkiem malutkie. Obowiązkowy przystanek to pieczona golonka na kapuście we Fregacie i parę fotek na zaporze, która wygląda całkiem zacnie. Fotki poniżej. Pod koniec są całkiem przyjemne widoczki.
Trasę można rozbudować o wizytę w ruinach zamku Grodno (trzeba wejść trochę pod górkę), świdnickim Kościele Pokoju i Katedrę (gotycką). Wtedy trzeba jednak zaplanować trochę więcej czasu, jakieś 2-3h na zwiedzenie obu miejsc.
W międzyczasie można także zaplanować wyjazd do Włodarza, pozostałości powojennych, ale tam, to już na pewno cały dzień zejdzie. Jak by ktoś szukał więcej informacji, to jest fotka plakatu propagandowego.

Ku złotym piaskom i słonecznym brzegom Bułgarii

Kategoria: wakacyjna wyprawa,
Typ: długa, trudna, łatwa, cały zakres
Długość: ~3700 km
Czas trwania: 10 dni
Punkty szczególne: słynna Transfogaraska, Bukareszt, Słoneczny Brzeg, Nesebyr (albo Nessebar, różnie piszą), Belgrad, Varna i sporo innych.
Uwagi: spory kawałek drogi tak ogólnie. Jechaliśmy we wrześniu, ale od Rumunii było już zupełnie ciepło, a w Bułgarii hajlajf i 28 stopni w cieniu. Te 10 dni to akurat było wystarczająco, żeby się nie zajechać na śmierć, dwa dni przeleżeć na plaży, zaliczyć przepiękną imprezę w Harley Pubie w Bratysławie, skręcać niedokręcone przez serwis śrubki w jakiejś rumuńskiej głuszy, szukać mechanika do BMW w Varnie, którego w końcu znaleźliśmy dzięki harlejowcowy, który wracał ze zlotu w Austrii, wpaść w klapkach na lokalną dyskotekę w Karlovie i spotkać Aleksieja z Sankt Petersburga, który miał do przejechania jeszcze 600km tego dnia i ogólnie – zaliczyć wyprawę, która w pierwotnym planie miała się skończyć w Stambule. Tylko nam brakło ze 4 dni, żeby to nie był wyścig z końcem urlopu.

Ogólnie jest to wyjazd w cywilizację, więc jakiś szczególnych problemów nie mieliśmy. Oprócz wycieku oleju u mnie (przelali mi w serwisie olej przy wymianie, bo to zły serwis był), przekręconych śrubek na osłonie łańcucha u kolegi i innych niedokręconych wynalazków, było całkiem zacnie. Z innych rzeczy, nie zabrałem oleju, a kupienie 20w50 pełnego minerala nie da rady poniżej Węgier nigdzie dostać. Więc jechałem w sumie na stanie dość niskim (ale jeszcze w zakresie).

Przejechaliśmy Transfogarską, z pieruńsko drogim noclegiem na przełęczy (namiot mogliśmy rozbić za połowę tej kwoty, ale 2 stopnie w nocy, to nie było to). Spotkaliśmy Polaków na motocyklach przy okazji oglądania zamku, będącego jakoby siedzibą Vlada Palovnika (tak był tam, ale tylko 3 tygodnie i siedział w lochu).

Gulasz na Węgrzech – mocarny.

Było całkiem zacnie.

Mapa:

Fotki:

bułgaria:

Rumunia:

Wrocław – Świdnica – Bolków – Cieplice-Zdrój – Kowary – Szawno-Zdrój – Wrocław

Kategoria: jednodniowe
Typ: lekka (w porywach średnio-trudna), drogi krajowe i żółte.
Jedzenie: bary, restauracje, jak to przy drodze krajowej i na wioskach
Długość: 268km
Uwagi: Jednodniowa traska, żeby spędzić cały dzień na dworze, zjeść obiad w Cieplicach, wypić kawę w Szczawnie i przy okazji obejrzeć wieżę rycerską w Siedlęcinie (link). Bilet 5 zł. Bufet słaby. Ogólnie jedzie się przyjemnie, lekkie zmiany wysokości i łagodne zakręty. Poziom trudności skacze mocno za Kowarami i trwa aż do Kamiennej-Góry, wąska droga, serie ostrych zakrętów, duże zmiany wysokości każą łagodniej odkręcać gaz i przykładać się do każdego zakrętu. Do obejrzenia są też renesansowe płyty nagrobne (epitafia) w kościele w Cieplicach. W Szczawnie zaparkowaliśmy motocykle jak ostatnie buractwo, pod murem za zakazem wjazdów dla motocykli – nie było gdzie wcisnąć szpilki, w niedzielę pierdyliard ludzie tam był…
Czas trwania wycieczki, z obiadem i zwiedzaniem – od 10:00 do 19:00 – prawie równo wyszło.


Wyświetl większą mapę

Wrocław – Wieluń – Namysłów – Brzeg – Wrocław

Kategoria: jednodniowe
Typ: lekka, drogi krajowe i żółte.
Jedzenie: bary, restauracje, jak to przy drodze krajowej
Długość: 288km
Uwagi: Jednodniowa traska widokowa, jak ktoś ma ochotę pozwiedzać, to Wieluń, Kluczbork, Namysłów. A jak ktoś ma dzieci, to w okolicy jest Jurapark Krasiejów.Tylko koniecznie trzeba zabrać kąpielówki, bo w jeziorku można się zamoczyć.


Wyświetl większą mapę

Niestety przyszło mi się wybrać do pracy, a że pogoda była zacna wybór środka lokomocji był prosty. W jedną stronę niestety musiałem być na czas, stąd krajowa 8-ka. Nie polecam tej drogi, masakra jakaś, ludzie tam jeżdżą bez pojęcia, tirów dużo.
Z powrotem pojechałem już na około, po ładne widoki na Opolszczyźnie, i spokojniejsze drogi.
Prawie zostałem na dłużej w Namysłowie. Zaspałem z paliwem i na oparach szukałem stacji. Pierwsza była w budowie, na szczęście zaraz obok znalazłem taką, która co prawda miała dystrybutory z logo CPN, ale paliwo się lało 😉
A potem droga z powrotem przez lasy, widoki piękne, wszędzie zielono. Polecam tamte rejony. Niedaleko było też do miejsca, gdzie tablice z nazwami wiosek mają podwójne nazwy. Knajpy przydrożne dają dobre jedzenie, a drogi nie są jakoś szczególnie uczęszczane w weekendy. Można się wybrać.

Wrocław – Kamieniec Ząbkowicki – luźna niedzielna traska moto

Kategoria: pół – jednodniowa
Typ: lekka, szybka, drogą krajową
Jedzenie: do wyboru, do koloru co 20km
Długość: 2×80 km
Uwagi: niestety droga krajowa, tj. misiaki, fotoradary, wypadki, debile na drodze. Ręka boli od pozdrawiania przejezdnych ;-). Traska w sam raz do pokazania koleżance, która nie do końca wytrzyma zbyt długo na motocyklu, heh.


Wyświetl większą mapę

Do obejrzenia: Niemcza, Ząbkowice Śląskie, Kamieniec Ząbkowicki
Jedzenie polecam w Niemczy, przy drodze jest Restauracja Niemczański Młyn, www: Więcej info z g+. Jedzenie sensowne, obsługa sensowna. Jedna kelnerka rzeczywiście jest baaardzo podobna do Poli Raksy 😉

trasy motocyklowe tu i ówdzie

Kategoria: jednodniowa
Typ: widoki i fajne zakręty
Jedzenie: w Czechach hospody przy drodze
Stopień trudności wg skali własnej: łatwa, trudniejsza w górach w Czechach
Długość: 297 km
Uwagi: 24 marca 2012 w Ramzowej leżał jeszcze śnieg. Droga była sucha, więc problemów nie było, ale można było sobie przypomnieć zimę. Zaspy zmrożonego śniegu na około 2m koło lokalnego sklepu też robiły wrażenie. No i w górnych odcinkach koło przejścia robiło się kilka stopni chłodniej.


Wyświetl większą mapę

Do obejrzenia po drodze jest Strzelin, Henryków, Paczków. Po czeskiej stronie trasy zmieniają się na bardziej motocyklowe, a krajobrazy na bardziej górskie. Powrót przez Międzylesie (do obejrzenia Pałac), późny obiad w karczmie pod Bardem i powrót normalnie.
Trasę można poszerzyć przez jazdę górami do Novego Mesta i potem powrót Kudowę i okolicę. Tylko to jest jakieś 100km dalej, więc trzba by odpowiednio wcześniej wstać.

Modyfikacja wyjściowej: 395 km, trudność: łatwa, nawet w górach


Wyświetl większą mapę

Austria austria i z dupy pogoda :-/

I znowu do Austrii, tym razem celem były trasy alpejskie, jednak pogoda spłatała nam dość parszywy dowcip – w dniu przyjazdu było 37 stopni w cieniu, natomiast potem padało, a w dniu wyjazdu było 8. Zrobiliśmy jednak traskę w deszczu na Nockalm, w szczycie 2042 n.p.m.
Serpentyny w deszczu to nie było najmądrzejsze. Średnia prędkość to 20km/h, szybciej się nie dało. Ehh.
Cytatem wycieczki został stary dowcip:

jest dobrze, przyjeżdżaj na pogrzeb. W razie deszczu odbędzie się w świetlicy

Przynajmniej podciągnąłem małoletniej kuzynce poziom umiejętności matematycznych – zakres: równania z jedną niewiadomą 😉
Bywa i tak na urlopie, czasem się siedzi i patrzy jak deszcz pada.

Pogoda do dupy

Ale lipna ta pogoda, zimno i pada i zimno i pada. Człowiek by gdzieś pojechał, a tutaj kiszka.
Jak całe lato takie będzie, to przyjdzie maszynę przygotować do zimowania w czerwcu :(
Życie. Ale noga już tupie. A sprzęt do komunikacji baehra już czeka na montaż. Nabyłem sobie Basic SL, poleciła motofaza.pl, zobaczymy co zacz w praniu. Ale od razu widać, że kable porządne i grube, wtyczki też, już jak się na to wszystko patrzy, to budzi szacun. Tylko ta cena ehhh, 1k pln.
Cóż, ostatnie samoróbki z którymi jeździłem były o kant dupy roztrzaskać. Się zobaczy się 😉 Dam znać jak to działa.

Eine Kleine Trip do Austrii, czyli Linz, Wels i okolice

Plan był ambitny, 5 dni, 3k km w siodle, duuużo drogi, jedna trasa okołoalpejska, a wyszło jak zwykle 😉 1.7k, dwa dni wycieczek zamiast 3 i ogólnie dość łagodne podejście do tematu ;-). Cel podróży: odwiedzić rodzinę w Austrii, konkretniej w górnej Austrii.

Mapka tego rejonu:

Wyświetl większą mapę

Teren jest dość ciekawy, ponieważ nie są to jeszcze wysokie góry, ale nie jest do nich aż tak daleko. Ot, takie przedgórze przedaplejskie ;-). Ciekawsze są natomiast jeziora, w bezpośredniej odległości od mojej rodziny są cztery: Attersee, Traunsee, Mondsee i Wolfgangsee. Ale po kolei.

Termin urlopu zaplanowaliśmy dobrze – sobota, brak ciężarówek na drogach, ogólna błogość dnia wolnego i luz. Niestety z pogodą już tak dobrze nie wyszło. Już dwa dni przed wyjazdem w powietrzu wisiał deszcz, na szczęście tylko wisiał, i nawet w dniu wyjazdu ledwo pokropiło. Gorszy natomiast okazał się wiatr. Wiało bardzo mocno i przenikliwie. Miało to zasadniczy wpływ na komfort jazdy, ponieważ trzeba było bardziej uważać na podmuchy wiatru przy praktycznie każdej zmianie dekoracji przy drodze. Przy wyprzedzaniu, przy wyjeździe zza lasu, przy wyjeździe zza większych budynków. Ogólnie należało trzymać mocniej kierownicę i zwiększyć poziom koncentracji. A i jak się później okazało – cieplej się ubrać.
Czytaj dalej Eine Kleine Trip do Austrii, czyli Linz, Wels i okolice